„Historia Transportu Publicznego” to redakcja, która otwarta jest na nowe pomysły, wyzwania oraz kontakty. Współpraca w branży transportowej, szczególnie w temacie historii, jest dla nas bardzo ważna. Cieszymy się bardzo, gdy możemy poprzez naszą stronę oraz media społecznościowe przedstawić Wam kogoś wyjątkowego, nietuzinkowego, a czasem i jedynego w swoim rodzaju.
Dlatego powstała seria wywiadów pt. „Człowiek z pasją”, gdzie gościmy ciekawe osobistości ze świata transportu. Dzisiaj naszym Gościem jest Piotr Goszczycki, człowiek, który ustanowił Rekord Polski przejechanych kilometrów pociągiem na jednym bilecie.
Historia Transportu Publicznego (A.Koch): Witaj w naszych skromnych „progach”. Jest mi niesamowicie miło gościć Cię na łamach mojej strony. Dziękuję bardzo, że zgodziłeś się spotkać ze mną oraz z naszymi czytelnikami. Skąd u Ciebie zainteresowanie transportem publicznym?
Piotr Goszczycki: Już jako pięcio-, sześciolatek z babcią (zwłaszcza w wakacje) jeździliśmy po całej Warszawie, od pętli do pętli. Pamiętam, że gdy w I klasie pani zapytała się o autobusy i tramwaje, ja już znałem większość połączeń i wiedziałem co gdzie jeździ. To był rok 1985. Babcia mieszkała na ul. Szaserów, więc często bywałem na Olszynce i widziałem poczciwe lokomotywy SM42, stojące niemalże tuż pod kładką. Potem jak każdy dzieciak zbierałem puszki. Niejednokrotnie w niedzielę z samego rana szedłem na składy w poszukiwaniu puszek po piwie. Najatrakcyjniejsze były pociągi z NRD. Potem jako nastolatek uwielbiałem jeździć liniami nocnymi w Warszawie. Moją ulubioną była „610” z Dw. Wschodniego bodajże na Górczewską.
HTP: Powiedz mi, co pięknego widzisz w kolei?
PG: Kolej to przede wszystkim ludzie, którzy stoją za sprawną organizacją przewozów, a także współpasażerowie, z którymi można zamienić słowo. Mam do człowieka, do jego pracy dużo szacunku, ponieważ sam pracuję od 15 roku życia. W kolei następne miejsce zajmują piękne przestrzenie za oknem pociągu oraz historia taboru czy danej linii, która niejednokrotnie jest bardzo ciekawa.
HTP: Czy w Twojej rodzinie są tradycje kolejarskie? Pytam, bowiem chciałbym się dowiedzieć skąd u Ciebie takie zafascynowanie pociągami?
PG: Niestety, w mojej rodzinie nie ma nikogo z tradycjami kolejowymi. Jedynie ojciec przez miesiąc pracował w Warsie. Zabrał mnie kiedyś na Centralny, żebyśmy pojechali na Olszynkę. Pamiętam, ruszyliśmy bezszelestnie. Wręcz pociąg odpłynął. To spowodowało, że bardziej patrzyłem na pociągi. Potem, po szkole podstawowej chciałem iść na kolej. I co się okazało, że ten sam ojciec odradził mi wtedy kolej (w 1992 r.) twierdząc, że kolej jest bardzo brudna, że nie opłaca się być kolejarzem. Ojciec poradził mi, żebym poszedł do piekarni, gdyż można tam dobrze zarobić. Na szczęście… miłość do pociągów przetrwała.
HTP: Kiedy, i dlaczego, narodził się w Tobie pomysł by zacząć podróżować na jednym bilecie i liczyć kilometry, które później przyniosły kolejne rekordy?
PG: Wszystko zaczęło się w 2010 r., gdy poznałem kolegów z „PKP-Jazdy”, którzy uwielbiali podróżować pociągami. Ja też uwielbiałem, jednakże pracując w piekarni nie miałem aż tyle czasu, więc wpadłem na pomysł, że do podróży wykorzystam jeden dzień, jeden bilet. W ten sposób mając papierowe rozkłady jazdy ustanowiłem pierwszy rekord. Było to 1000 kilometrów w ciągu doby po Mazowszu. Teleexpress zapisał mnie wtedy do Loży Ludzi Pozytywnie Zakręconych.
HTP: Czy trudno jest zorganizować takie wydarzenie jak Twoje bicie rekordu przejechanych kilometrów? Czy logistyka tego wydarzenia jest trudna?
PG: Nad planem Rekordu Polski, który był moim 10 rekordem w podróżach pociągami siedziałem ponad pół roku. Najważniejszy jest rozkład jazdy – znalezienie takich połączeń, gdzie cała trasa będzie nie tyle satysfakcjonująca, ale i atrakcyjna. Oczywiście trzeba się liczyć z awarią, z opóźnieniami – a wtedy trzeba mieć plan B. Podczas podróży trzeba udowodnić pokonaną trasę oraz wszystkie miejsca przesiadek.
HTP: Co jest najtrudniejszego w takiej długiej podróży. Który rekord był najtrudniejszy?
PG: Paradoksalnie im dłuższy wyjazd, gdzie w pociągu spędzam po kilka godzin – jest łatwiejszy, gdyż przesiadek jest mniej. Przy ostatnim rekordzie, w którym wykorzystałem „Mazobilet” było wyjątkowo trudno. Podróż trwała na początku wakacji – podczas bardzo dużych upałów. Praktycznie wszystko było opóźnione oraz jeździło wolniej. Musiałem być wyjątkowo czujny i improwizować łapiąc pierwsze lepsze połączenie. Na szczęście udało się przejechać ponad 2500 km wykorzystując pociągi oraz autobusy. Wielką atrakcją była dla mnie podróż linią turystyczną. Koszt przejechanego 1 kilometra wyniósł mnie zaledwie 2 grosze (!) To chyba nie jest zbyt drogo jak na Warszawę.
HTP: Jakie jest zainteresowanie mediów, przewoźników i innych firm kolejowych Twoim wydarzeniem? Czy Twoje podróże to jeszcze jest „mikolstwo”?
PG: Dziękuję za to pytanie. Nie czuje się „mikolem”, gdyż co raz częściej (niestety) to wyrażenie porównywalne jest do kibola, mającego nie wiele wspólnego z ulubionym sportem. Czuję się Promotorem (albo Ambasadorem) Transportu Publicznego, który zwyczajnie lubi podróżować. Chcąc przetestować jakiś krótkookresowy bilet przewoźnik nie zawsze potrafi zrozumieć, że chciałbym wziąć udział w emocjonującym maratonie, sprawdzić, jak funkcjonuje siatka połączeń w danym rejonie i wynieść z tego jakąś refleksję. O promocji danego biletu już nie wspominając.
HTP: Czy trudno było, a może jeszcze jest, przekonać firmy z branży kolejowej by wspierały Cię w promowaniu kolei?
PG: Każda firma, każde Stowarzyszenie ma swoje pole działania, swoje uwarunkowania. Aby dostrzec celowość wydania kasy na reklamę, trzeba przewidzieć czy to będzie opłacalne. Zwykle wykorzystuje się do tego pracownika, który dbanie o promocję marki ma w obowiązkach. Obecnie pracuje teraz nad książką o kobietach, które prowadzą pociągi. Mam zebrane historie i refleksję wielu maszynistek z całego kraju. Dostrzegam pewną różnicę. Otóż, są ludzie, którzy uważają, że warto promować markę przewoźnika, a inni nawet nie dostrzegają tego potencjału myśląc, że wszystko samo się zrobi – bo przecież ludzie i tak muszą jechać pociągiem, więc po jeszcze o tym mówić, albo pisać. Dwa miesiące temu zaproponowano mi objęcie patronatem medialnym pewne wydarzenie promujące kolei i historię, a potem zapomniano nawet mnie zaprosić. Na szczęście, jak mawiał Mistrz Młynarski staram się „robić swoje” i w miarę możliwości uczestniczyć w inicjatywach promujących Transport Publiczny. Dobro wraca.
HTP: Zapytam nieco przewrotnie… co w Twoim sercu ma większe miejsce? Autobusy, tramwaje czy kolej? Dlaczego?
PG: To zależy od miejsca. Uwielbiam historię różnych miejsc, a także inicjatywy promujące Transport Publiczny. Na co dzień tego nie widać, ale gdy są Dni Otwarte, albo gdy jakaś rocznica – czuję, że jest to miejsce dla mnie. Wychowałem się wśród starych autobusów, starych tramwajów i pociągów. Uważam, że mają one swoją duszę, swój niepowtarzalny urok. Często uważa się, że są mnie awaryjne niż współczesne pojazdy napchane elektroniką. Tak sobie myślę, że moje serce będzie biło szybciej przy moich rówieśnikach: Ikarusach, Jelczach czy EN57.
HTP: Czy jest jakaś linia kolejowa na świecie, którą w pierwszej kolejności chciałbyś zwiedzić z okien pociągu? Jeśli tak, to jaka i dlaczego ta?
PG: W lutym 2025 pan Wang Dong ustanowił Rekord Guinessa w podróżowaniu pociągami. W ciągu 24 godzin przejechał 5887 kilometrów. Śmiem twierdzić, że niewiele widział z okien pociągów. W przeciwieństwie do niego będąc za zagranicą – chciałbym się wpierw delektować samą podróżą pociągiem i dostrzegać piękno krajobrazu. Co jest ciekawe: gdy jedzie się samochodem – człowiek poniekąd zmuszony jest to patrzenia przed siebie. Patrzy w horyzont, patrzy na samochody jadące z przeciwka. W pociągu człowiek patrzy przez szybę boczną. Myślę, że wpierw chciałbym bardziej poznać naszych południowych sąsiadów.
HTP: Która linia kolejowa w Polsce, lub odcinek linii kolejowej, jest Twoim ulubionym? Proszę, przedstaw nam, dlaczego?
PG: Nie mam jakiś ulubionych linii, ponieważ każda linia potrafi mnie zachwycić swoją przestrzenią. Ostatnio widziałem cztery sarenki w poszukiwaniu śniadania czy stado bocianów. To było dla mnie nagrodą. Uchwycenie zachodu słońca jest tak samo romantyczne.
HTP: Który, wg Ciebie, dworzec kolejowy w Polsce jest najpiękniejszy?
PG: Będąc audytorem w konkursie na Dworzec Roku staram się dostrzegać dworzec w kategoriach funkcjonalności niż estetyki. Dlaczego? Dworzec jest wizytówką miasta i jest dla mieszkańców. Jeśli uda połączyć odbudowanie dworca odpowiednio eksponując jego historię z walorami architektonicznymi (np. czerwona cegła) z funkcjonalnością (czyli wszystkim co potrzebne jest pasażerowi do podróży) oraz ofertą kulturalną – aby mieszkaniec mógł na dłużej zatrzymać się na dworcu. Dworzec w swym założeniu winien być skomunikowany z różnymi rodzajami transportu. Wówczas dworzec zaczyna być rodzajem magnesu, który przyciąga nie tylko mieszkańców miasta, ale i z okolicznych miejscowości, którzy przyjadą na dworzec – aby coś załatwić lub miło spędzić czas w gronie znajomych. W 2025 roku najpiękniejszym dworcem w kraju okazał się Kwidzyn, gdzie w elewacji znajduje się czerwona cegła, a przestrzeń dworca zajmuje multimedialna biblioteka. Byłem pod wrażeniem i gdyby nie pociąg powrotny zostałbym dłużej. Na takim dworcu każdy znajdzie coś dla siebie.
HTP: Czy powstanie w przyszłości książka o Twoich podróżach kolejowych, tych małych jak i tych dużych?
PG: Nie wiem. Na razie siedzę nad książką o kobietach, które prowadzą pociągi. Być może następnym razem zbiorę historie, anegdoty związane z podróżnymi.
HTP: Piotrze, dziękuję, że poświęciłeś nam swój czas. Życzymy Tobie całą redakcją bicia kolejnych rekordów i spełniania kolejowych marzeń.




