Człowiek z pasją – Maria Kaszyńska

Witam Was w kolejnej odsłonie naszych wywiadów z ciekawymi i interesującymi ludźmi związanymi z szeroko pojętym transportem. Dzisiaj zaprosiłem na spotkanie kobietę, która jest ikoną, historią i legendą warszawskiej komunikacji miejskiej, Miejskich Zakładów Komunikacyjnych oraz Miejskich Zakładów Autobusowych w Warszawie. To ona, w tym wielkim mieście, przetarła szlaki dla wszystkich obecnie zatrudnionych kobiet na stanowisku kierowcy autobusu. Jestem jednym z tych szczęśliwców, iż mam tą przyjemność znać ją osobiście. Poznajcie jej historię…

Pierwsza kobieta pracująca jako kierowca autobusu miejskiego w Warszawie… przed Wami Maria Kaszyńska 😉

Historia Transportu Publicznego: Witaj Marysia. Dziękuję bardzo, że zgodziłaś się spotkać ze mną na kilka szybkich pytań. Najpierw muszę zapytać… bo to dla mnie niesamowicie ciekawe. Powiedz, dlaczego autobusy? Skąd pomysł na prowadzenie autobusu w połowie lat 90tych?

Maria Kaszyńska: Witaj Olku, dziękuję, że zechciałeś ze mną rozmawiać i zaraz postaram się odpowiedzieć na Twoje pytania. Na początku lat 90-tych, trochę z przypadku i konieczności trafiłam do pracy w tramwajach. Jeździłam tam kilka lat, ale ta praca niezbyt mi się podobała. Nie lubiłam tramwajów, nie lubiłam jeździć po szynach i zaczęłam kombinować na co mogłabym zamienić tramwaj. Chodziło mi o coś co by jeździło. Zrobiłam prawo jazdy kat. C i chciałam spróbować jazdy ciężarówką. Kurs na tą kategorię robiłam w Ośrodku Szkolenia MZK na Siedmiogrodzkiej, a jazdę na placu manewrowym trenowałam na terenie zajezdni Redutowa. Jeździli tam uczestnicy kursów autobusowych i tak przyglądając się im pomyślałam „a może spróbować pojeździć autobusem?” Traf chciał, że nie przyszedł kursant, który miał jazdę autobusem, więc zapytałam instruktora czy mogłabym spróbować pojeździć autobusem po placu manewrowym. Zgodził się i sobie pojeździłam, ale zupełnie zapomniałam o upływie czasu i kiedy spojrzałam na zegarek zmartwiałam, bo miałam bardzo duże szanse żeby spóźnić się do mojej tramwajowej pracy. Wtedy pan Waldek Radwan, wtedy instruktor nauki jazdy, zaproponował, że odwiezie mnie do domu autobusem. Potem spojrzał na mnie uważnie i powiedział: „ Po co ja mam jechać, ty jedź do domu, a ja wrócę tym autobusem na Redutową. Przecież to nauka jazdy.” Myślałam, że się przesłyszałam, ale pojechałam tą solówką do domu, a pan Waldek był bardzo zadowolony z mojej jazdy i nie miał większych zastrzeżeń. Można powiedzieć, że tak to się zaczęło. Jednak wtedy kobiety nie mogły jeździć autobusami miejskimi ze względu na jakąś mocno przestarzałą ustawę.  W międzyczasie coś się w prawie zmieniło i w Gdańsku za sterami autobusu usiadła pierwsza w Polsce kobieta, kierowca miejskiego autobusu. Trzy lata po mojej „jeździe próbnej” zadzwonił do mnie pan Henryk Chrościcki*, który był kierownikiem Ośrodka Szkolenia MZA i zaprosił mnie na rozmowę, informując przy tym, że zapisał mnie na kurs autobusowy. Osłupiałam ze zdumienia, że o mnie pamiętał i bardzo się ucieszyłam, że będę mogła uciec z tramwajów. Musiałam jeszcze zrobić tour de zajezdnie, żeby się dowiedzieć kto zaryzykuje i zatrudni mnie po kursie. Tym odważnym był pan Pawelec**, kierownik zajezdni „Woronicza”. To właśnie tam zaczęłam pracę po ukończeniu kursu.

Maria Kaszyńska za kierownicą Ikarusa. Foto: archiwum zdjęciowe M. Kaszyńskiej

    HTP: Autobusy na chwilę zostawmy na bok. Kiedy zaczęła się Twoja pasja, która wypełnia Twój czas poza prowadzeniem autobusu?

    MK: Jestem duchem niespokojnym i zawsze chciałam robić coś ciekawego coś ekscytującego i wymagającego. Pasje mam właściwie dwie. Są to konie i łódki szeroko pojęte czyli wszystko co pływa po wodzie. Uwielbiam pływać w wodzie i na wodzie. Po ukończeniu szkoły podstawowej bardzo chciałam dostać się do szkoły morskiej w Gdyni, a potem zdawać do Wyższej Szkoły Morskiej, obecnie Uniwersytet Morski, na wydział nawigacyjny i pływać na dużych statkach. Niestety mama postawiła stanowcze veto i moje ambitne plany legły w gruzach. W desperacji zagroziłam rodzicielce, że zapiszę się do Aeroklubu i będę skakać na spadochronie albo będę jeździć na koniach, które od zawsze kochałam i kocham nadal. Mama zgodziła się na konie. Trochę jeździłam na koniach rekreacyjnych, ale to było mało i ostatecznie trafiłam na tor wyścigów konnych na Służewcu. Z końmi wyścigowymi związałam się na długie lata, jeździłam jako jeździec amator i pracowałam też w stajni wyścigowej. W sumie około 35 lat jeździłam na koniach wyścigowych. Obecnie już nie jeżdżę, choć przyznam, że ciągnie mnie żeby jeszcze usiąść w siodle. Jak już wspomniałam bardzo lubię pływać i kiedy tylko mogłam jechałam nad wodę i wypożyczałam sobie różne sprzęty pływające. Pierwsze kroki na żaglach stawiałam na Zalewie Zegrzyńskim pod bacznym okiem taty kiedy miałam 12 lat. Uczyłam się na zacnych jednostkach typu Mak i Omega. Bardzo to lubiłam, ale było to tylko pływanie wakacyjne. Niestety etatowej pracy w autobusie nie mogłam pogodzić z wyjazdami na żagle, bo przecież były jeszcze konie. Kilka lat temu wybrałam się do Gdańska na mój pierwszy Baltic Sail, czyli zlot statków żaglowych z państw basenu Morza Bałtyckiego i zakochałam się całkowicie i absolutnie w żaglowcach i żeglarstwie morskim. Nawiązałam kontakty z wieloma wspaniałymi ludźmi morza i właścicielami jachtów i statków żaglowych i zaczęłam próbować swoich sił w żeglowaniu po morzu. Jest to wspaniała, ekscytująca przygoda i kiedy tylko mogę jadę na wybrzeże choć trochę popływać. Szczególnie związałam się z pięknym, starym drewnianym jachtem Szkwał i jego kapitanem i armatorem Zbyszkiem Wernerem, którego przyjaźnią się szczycę. Mam zaszczyt być w załodze Szkwała.

    HTP: Czy w Twojej rodzinie są tradycje żeglarskie? Skąd się wzięła ta miłość do łódek, wody, pływania?

    MK: Nie, w mojej rodzinie nie ma tradycji żeglarskich. Tato trochę pływał jeszcze przed wojną. Był harcerzem i być może żeglarstwo było jakąś harcerską sprawnością. Ja natomiast od zawsze uwielbiałam wodę. Często jeździliśmy na wakacje nad morze i może stąd wzięła się moja miłość do morza. Bardzo dobrze czuję się nad morzem i najlepiej tam odpoczywam, a szum fal i wiatr to najpiękniejsza dla mnie muzyka. No i ta przestrzeń…

    Maria na jachcie podczas rejsu. Foto archiwum zdjęciowe M. Kaszyńskiej

    HTP: Gdybym chciał jutro zostać żeglarzem-amatorem… to od czego muszę zacząć? Co najpierw kupić? Gdzie zasięgać porad (Internet, książki)?

    MK: Od telefonu. Żartuję, ale to chyba najlepsza metoda. Jest bardzo dużo ośrodków i szkół żeglarskich oferujących rejsy i szkolenia. Najlepiej zacząć od Internetu, podzwonić, dowiedzieć się co, gdzie, kiedy i za ile, i wejść na pokład wybranej jednostki. Spróbować i dowiedzieć się czy jest to dla Ciebie dobre i czy dobrze znosisz kołysanie i wysiłek fizyczny, bo nie wszyscy sobie z tym radzą. Żeglowanie ma być przyjemnością a nie walką o życie. Oczywiście można też poczytać. Na rynku jest dużo publikacji na temat żeglarstwa, nauki żeglowania i książek specjalnie przeznaczonych dla początkujących amatorów żeglarstwa, które uczą jak zachować się na łodzi i co robić żeby sobie nie zaszkodzić. Na wodzie jest koronna zasada – safety first, czyli bezpieczeństwo przede wszystkim.

    HTP: Czy uzyskanie wszystkich niezbędnych uprawnień jest czasochłonne i trudne?

    MK: Trudne to pojęcie względne, ponieważ wiele zależy od zainteresowania i percepcji danego kandydata na żeglarza. Nauki jest dużo, bo to bardzo specjalistyczna wiedza, ale wiele osób żegluje, zdaje egzaminy i zdobywa patenty, więc wszystko dla ludzi. Oczywiście trzeba też pływać i zdobywać wiedzę praktyczną, bo do przystąpienia do egzaminu na patent jachtowego sternika morskiego trzeba mieć „wypływane” 200 godzin żeglugi. Patent żeglarza jachtowego zdobywa się po ukończeniu kursu i zdaniu egzaminu teoretycznego i praktycznego, tak jak na  prawo jazdy. Wymaga to czasu i zasobnego portfela, bo nie jest to tani sport.

    HTP: Gdy byłaś etatowym kierowcą autobusu na zajezdniach „Woronicza”, „Redutowa” i ostatnio na „Ostrobramskiej”, to zapewne żeglarstwo schodziło na troszkę dalszy plan… mylę się?

    MK: Nie mylisz się. Niestety musiałam się z tym pogodzić, że trzeba łódki trochę odstawić na bok bo grafik rejsów nie podporządkowywał się grafikowi w pracy i czasami trudno było dostać urlop w odpowiednim czasie. Wiele rejsów i imprez żeglarskich przeszło mi przez to koło nosa. Ale nic straconego. W październiku przyszłego roku mam zamiar definitywnie zakończyć moją karierę za kierownicą autobusu, przeprowadzić się do Gdyni i całkowicie oddać się mojej pasji dopóki wystarczy sił i energii. Mimo, że nie zawsze mogłam żeglować, to z wodą się nie rozstawałam. Mam składany kajak i na nim pływam po Wiśle kiedy mam czas i pogoda sprzyja.

    HTP: Jaki jest Twój największy żeglarski sukces?

    MK: Nie mam spektakularnych sukcesów i nie zdobywam pucharów bo traktuję żeglowanie jako hobby, nie sport wyczynowy. Mogę się tylko pochwalić bardzo dobrymi opiniami z rejsów wystawionymi przez skiperów na specjalnych zaświadczeniach, które będą mi potrzebne do uzyskania patentu jachtowego sternika morskiego.

    HTP: Czy masz jakieś konkretne plany związane z żeglowaniem, np. jakiś rejs jak Aleksander Doba czy inni bohaterowie wodnych pustyń?

    MK: Takich planów nie mam, ale bardzo chciałabym pożeglować po norweskich fiordach, wypłynąć na Atlantyk, przepłynąć przez Biskaje na Morze Śródziemne i pożeglować po wodach pływowych. Marzę o tym, żeby zobaczyć zorzę polarną z pokładu jachtu. Jest to do zrealizowania, wymaga jednak dużo wolnego czasu i trochę pieniędzy.

    Maria za sterem jachtu.
    Foto: archiwum fotograficzne M. Kaszyńskiej

    HTP: Na co żeglarz musi być przygotowany najbardziej? Czy są jakiejś „patenty” w przygotowaniach do rejsu by np. nie zwariować od kołysania łódki czy widoku tylko wody przez tygodnie, miesiące? Jak to wygląda Twoim zdaniem?

    MK: Tu ważna jest odporność psychiczna i mała wrażliwość na chorobę morską która, co tu dużo mówić, nie jednemu dała się porządnie we znaki. Nie ma na to „patentu” po prostu trzeba przetrwać. Przykre objawy mijają przeważnie po trzech dniach i nie raz trzeba oddać hołd Neptunowi***. Nie ma co się tym przejmować, ani się tego wstydzić. Jednak zdarzają się przypadki, że ktoś nie daje rady i musi zejść z pokładu na ląd. Nawet sam Lord Nelson bardzo cierpiał na chorobę morską kiedy zaczynało mocniej kołysać. Trudno jest przygotować się na coś konkretnego, bo na wodzie warunki się zmieniają, pogoda bywa nieprzewidywalna, czasem mocno kiwa, czasem jest flauta i trzeba umieć się zachować w różnych warunkach. Wszystko zależy od tego gdzie się pływa, w jakiej porze roku, na jakiej jednostce i z jaką załogą.

    HTP: Czy myślałaś by pokazywać swoją pasję, i związane z nią sukcesy, nowe umiejętności czy nowy sprzęt, w mediach społecznościowych na szerszą skalę?

    MK: Nie. Nie lubię „lansować się” w mediach społecznościowych. Czasami, jak ktoś mnie o coś pyta to odpowiadam i opowiadam z przyjemnością, bo to jest moja pasja. Czasem wrzucam parę zdjęć dla znajomych, którzy są ciekawi co ja tym razem wyczyniam na łódce albo koło łódki. Szkwał przed każdym sezonem wymaga małego remontu i przygotowania do sezonu, bo zimę spędza na lądzie. Jest drewniany i przez to bardziej wymagający niż łodzie z laminatu.

    HTP: Jakie jest Twoje największe żeglarskie marzenie? Jakie było, lub jeszcze jest, największe marzenie związane z autobusami?

    MK: Największym moim marzenie jest odbyć rejs na Darze Młodzieży. Drugie pytanie jest dla mnie znacznie trudniejsze. Chciałam jeździć autobusem i to się udało, więc marzenie się spełniło. Jeździłam autobusami wszystkich marek i modeli, które były w zajezdniach w których pracowałam więc udało mi się poznać je wszystkie i chyba nie mam już marzeń związanych z autobusami. Zostaną mi tylko miłe wspomnienia, bo działo się dużo przez te wszystkie lata i mogłam poznać wiele fajnych i ciekawych osób.

      HTP: Marysia, dziękujemy Tobie bardzo za poświęcenie Nam czasu. Życzymy braku sztormów, spokojnych akwenów oraz tysięcy mil morskiej, i nie tylko, żeglugi.

      MK: Dziękuję bardzo.

      Rozmawiał: Aleksander Koch, redaktor naczelny.

      *Henryk Chrościcki – wieloletni kierownik Ośrodka Szkolenia Kierowców w Miejskich Zakładach Autobusowych, który przez lata organizował kursy na prawo jazdy kat. „D”, a jego pracownicy (sztab fantastycznych instruktorów nauki jazdy) szkolili przyszłych adeptów tego trudnego fachu jakim jest praca kierowcy autobusu. Między innymi ja, kursant z rocznika 2009, szkoliłem się w tym ośrodku. Dzisiaj Pan Henryk jest szczęśliwym „stypendystą ZUSu”, życzymy mu dużo zdrowia!

      **Stanisław Pawelec – wieloletni pracownik warszawskiego MZA, kierownik zajezdni „Woronicza” czy „Ostrobramska”, które wówczas nazywały się Zakładami Eksploatacji Autobusów. Pozdrawiamy serdecznie Pana Stanisława!

      ***”hołd Neptunowi” – potoczny zwrot w gronie żeglarzy opisujący „problemy trawienne” podczas rejsu związane z chorobą morską.

      O autorze

      Założyciel strony. Od dziecka pasjonat historii autobusów, tramwajów, trolejbusów i kolei. W latach 2010-2015 kierowca autobusu w Warszawie, od 2016 roku dyspozytor. Fan polskiej motoryzacji, szczególnie autobusów. Posiadacz kolekcji przedmiotów związanych z historią komunikacji miejskiej, PKS i nie tylko...